[PL] Nasz świat poleceń, ech….

[PL] Nasz świat poleceń, ech….

Czasami nachodzi mnie myśl: „my to jednak potrafimy skomplikować sobie sprawy”. Taki sam wniosek przyszedł mi do głowy kiedy myślałam o instytucji poleceń (i używam słowa instytucja bez przesady, bo to faktycznie wielka machina: relacji, zależności ustaleń i całych stert pieniędzy). Polecenia pracownicze, system referalowe, sprzedaż kontaktów i wreszcie przekazywanie danych kontaktowych swoich znajomych innym osobom do różnych celów (karta bankowa, ubezpieczenie, system lojalnościowy i cokolwiek jeszcze można sobie wymyślić). Każdy z nas spotkał się z czymś takim. To takie naturalne i w swojej istocie niewinne, aby dzielić się dobrym wrażeniem, rozszerzać krąg pozytywnych doznań.


Koleżanka poleca mi swoją kosmetyczkę – umawiam się na wizytę, bo ufam jej słowu.
Znajomy mówił, że p. Bogdan zna się na samochodach. Kiedy moje „cztery koła” odmawiają posłuszeństwa dzwonię do wskazanej osoby, bo mi ją polecono. Bo jest fachowcem, zna się na rzeczy, egro będę zadowolona ze współpracy.


To takie niby oczywiste – ktoś jest zadowolony, przekazuje swojej sieci kontaktów polecenie, które ma promować dobre wartości.  Proste jak przysłowiowa bułka z masłem (choć i ta teraz,
w obliczu vege masła i pszenicy bez glutenu chyba taka prosta już nie jest, ale zostawmy to :)


Z czasem, gdy poleceń naturalnych brakowało, przedsiębiorczy Polak (i nie tylko on oczywiście) postanowił wprowadzić konkretną korzyść materialną za odpowiednie polecenie. Fajna sprawa! Na naszym rekrutacyjnym podwórku jak najbardziej do zrealizowania. Polecam kolegę do pracy
w danej firmie (i tak bym przecież polecił, bo mi samemu się w niej dobrze pracuje) a ponadto skorzystam finansowo – super! Tak zwany win-win.


I się zaczęło. Prześcigające się programy poleceniowe: 10 tys pln, 20 tys pln, 5 tys euro (~24 tys pln)!
Sami stworzyliśmy sobie taką rzeczywistość, że jakakolwiek informacja/polecenie tworzy automatycznie oczekiwanie, aby mieć coś z tego w zamian. Taka przysługa z automatycznym trybem zwrotnym. Taki początkowo pomocny gest, który bardziej przypomina usługę biznesową, gdyż ciężko wyzbyć się przekonania, że bez oczekiwanej gratyfikacji, pierwszych części równania (czyt. poleceń) w ogóle by nie było.
Nie powinnam z tym mieć w zasadzie żadnego problemu, sama od kilku już dobrych lat pracuję
w branży rekrutacyjnej, tworzyłam systemy referalowe, wypłacałam bonusy za polecenia – takie życie, just deal with it.


Ostatnimi czasy odczuwam jednak spory konflikt wewnętrzny z tym związany.
Dlaczego uważam, że coś w tym wszystkim jest „nie tak”?
Dwie sytuacje, które przytrafiły się mi w ostatnich kilku tygodniach pokażą w czym rzecz:


Sytuacja 1

Meetup dla HRów / Rekruterów.
Oglądałam video ze spotkania, przeraził mnie jeden dialog:

[rekruter 1]: „Mamy rozbudowany system bonusów za polecenie. Kilkanaście/kilkadziesiąt tysięcy za…..”

[rekruter 2]: „My nie mamy żadnych programów poleceniowych. Zależy nam na tym, aby osoby, które do nas dołączają były faktycznie polecane, tj. ze względu na ich doświadczenie zawodowe
i umiejętności miękkie (czyt. żeby dało się z taką osobą pracować). Nie chcemy poleceń tylko dla pieniędzy"

[zwracając się do pozostałych gości]: "Czy nie widzicie ryzyka w tym, że ktoś będzie zapraszał/polecał do waszej firmy kogoś, kto się zupełnie do niej nie nadaje? Kogoś, o kim osoba polecająca (nie widząc w tym korzyści finansowej dla siebie) nawet by nie pomyślała?

Na sali zapanowała cisza. Bez większego wahania padł komentarz:

[rekruter 1]: „I co z tego? Jaka jest różnica w tym dlaczego ktoś był polecany,  skoro efekt jest dodatni ?”

Szczęka mi opadła.

 

Sytuacja 2

Rozmowa na Linkedinie z kandydatem. Napisałam pierwsza, kandydat wstępnie zainteresowany, ma pytania. Zbieram odpowiedzi, zgodnie z obietnicą dostarczam całe info. Kandydat ostatecznie nie wchodzi do procesu. Pytam go o polecenie, może zna kogoś, kto byłby tą opcją zainteresowany (sam przecież już dużo o niej wie: nazwa firmy, projekt, technologie, budżet, itp.). Nawiązuje się dialog:

[kandydat]: „A ma Pani jakiś bonus za polecenie?”

[ja]: „Niestety, nie ma żadnego bonusu. To co oferuję w zamian to profesjonalny proces rekrutacyjny. Kandydat zawsze wie co się z nim dzieje w procesie, na bieżąco dostaje ode mnie feedback, przygotowanie przed rozmowami i komplet informacji. Uważam, że wykonuję swoją pracę dobrze, zatem chciałabym aby to właśnie było polecane kandydatom.”

[kandydat]: „Nie wiem w jakim świecie Pani żyje! Polecenie „za nic” już nie działa.”

Drogi kandydacie, bzdura!
Działa, tylko się nam trochę wartości pomieszały i zdaje się, że potrzebujemy je na nowo poustawiać i o nie powalczyć. Bo jeśli pieniądz ma być ponad przyjaźnią i relacjami z innymi, to ja „wysiadam”. Jeszcze dzisiaj.

Sama dostaję sporo poleceń i wiele z takich osób udało mi się skutecznie zatrudnić? Znacie zasadę „ciągnie swój do swego”?
Dobry kandydat poleci kolejną dobrą osobę. Nazbyt roszczeniowa osoba kogo poleci, hm…..no kogo?


„Parkując” już powoli temat, kilka konkluzji:


1.       Wiemy jak rozbuchany mamy rynek IT (setki opcji, dziesiątki firm zatrudniających, tysiące mniej lub bardziej kompetentnych rekruterów, dziesiątki tysięcy również, mniej lub bardziej doświadczonych kandydatów + cała masa innych zależności, procesów i uwarunkowań) ->
w skrócie, dzieje się.

W związku z tym oczywistym jest, że jednym z motorów napędzających rekrutację są i będą programy poleceniowe. Często są one dobrym źródłem kandydatów, często zastępują dział rekrutacji w firmie. O ile system poleceniowy pozytywnie stymuluje wzrost firmy i przy okazji ktoś jest za to nagrodzony, świetnie – każdy się cieszy, świat staje się piękniejszy!
Jeśli jednak, polecenia to wyłącznie wyrachowana forma nowoczesnej sprzedaży znajomości, no cóż – trochę ciężej robi się człowiekowi na sercu.


 2.       Drogi Kandydacie, jeśli rozważasz odejście ze swojej firmy, bo nie podoba Ci się np. kultura pracy i projekty są stare, a jednocześnie polecasz swoich znajomych by do firmy dołączyli – to coś tu jest chyba „nie halo”. Zasada jest prosta: Kasa jest ważna, ludzie ważniejsi.


I co dalej? Mam nadzieję, że i u Was zrodziły się jakieś przemyślenia w tej kwestii.  Co ja z tym zrobię?

Będę działać na moim systemie poleceń, w którym ja polecam, bo komuś dobrze życzę i na tej samej zasadzie przyjmuję polecenia. Brzmi idealistycznie i nierealnie?
Właśnie założyłam swój biznes, który co najwyżej raczkuje. Przyszłość sama więc pokaże czy powyższe jest do obronienia. 


Dobrego dnia!

A.